Tak tak, niedługo koniec zimy. Tu gdzie teraz jestem, atmosfera w sklepach jest już wielkanocna, to dla mnie o wiele za wcześnie. Gdy widzę zajączki, pisanki i żółto zielone serwetki na stół – a do świąt jeszcze ponad miesiąc, ogarnia mnie nie złość, nie śmiech, ale smutek. Na ten niezrozumiały pośpiech. Dajmy czasowy czas, jak mawiał klasyk gatunku.

Zatrzymałam więc zimę na chwilkę. Trochę w kadrze, a trochę w sobie. Spadło dużo śniegu. Byłam na spacerze. Jest zimowo. Chociaż za zimą nie przepadam zbyt mocno, to jedna rzecz nie zmienia się od lat. Kiedy w ciągu nocy spadnie dużo śnieżnego, miękkiego puchu, mój zimowy świat od rana staje w miejscu. A przynajmniej zwalnia i cichnie. Ciszy i spokoju, jaki zapada wokół mnie i we mnie, nie da się z niczym porównać. Może z bezpieczeństwem w ramionach mamy. Zimowa cisza i spokój. Przez wiele lat spychałam trochę zimę na margines pór roku. Bo zimno, bo ubierać się trzeba długo, bo błoto pośniegowe fe fe, bo ciągle marzną mi ręce, bo gubię rękawiczki, bo nie jeżdzę na nartach, bo suche powietrze od grzejników, bo dzieci chorują, bo buty znów przemokły, bo dni krótkie, bo ciemno. Powodów więc jak widać, niemało. Zima jest bo musi być, trzeba ją jakoś “przeczekać”.

Polubiłam

Nie tak dawno temu nastąpiła jednak zmiana. Może dlatego że parę zimowych miesięcy ostatnich lat spędzałam na środkowo-wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej, na amerykańskiej wsi, w amerykańskim lesie. W domu, nie w mieszkaniu. A to duża różnica. Dostrzegłam czystość śniegu, ciszę i ostrość światła. Takiego światła jak tutaj, gdy słońce odbija swoje promienie w czystym śniegu, nie widziałam nigdy. Daje mi to poczucie wolności, wewnętrzej przestrzeni i spokoju. Nie chcę więc już zim “przeczekiwać”, bo przecież to moje życie, mój czas. I wcale nie muszę spędzać zimowego czasu w domu, czekając aż śnieg stopnieje i słońce wysuszy to co ze śniegu pozostanie. A dodatkowo, jak się otrzyma w prezencie takie kapcie, to zima staje się – można powiedzieć – zgoła przytulna.

Pora wyjść

Nauczyłam się ubierać zimowo, ba, nawet to ubieranie polubiłam. Obowiązkowo na cebulkę. Obowiązkowo na twarz zimowy krem ochronny. Ja stosuję z dodatkową ochroną naczynek, posiadanie takiego kremu zimą to moje uzależnienie już od wielu lat. Jak świeci słońce, to dodatkowo filtr, jako warstwa ostatnia. Spodnie narciarskie lub snowboardowe! Są najlepsze, chronią przed wiatrem, mrozem (mi zawsze bardzo marzną uda) a jeśli zapragniemy ulepić bałwana bądź zrobić na śniegu pajacyka, bądź jak kto woli – aniołka, to takie spodnie jak znalazł! Koniecznie ciepła czapka i rękawiczki. Uwaga, podczas jazdy samochodem nie kładziemy rękawiczek na kolanach… najczęściej o nich wówczas zapomnimy i gdy wysiądziemy z samochodu na parkingu sklepowym aby po udanym spacerze kupić sok malinowy do herbaty, rękawiczki najprawdopodobniej zostaną pod lub obok auta. Zgubiłam w ten sposób conajmniej kilka par.
Zimowe spacerowanie jest ciche, jest takie jakieś bardziej prywatne niż spacery w pozostałych porach roku. Może to dlatego że nie spotykam tak wielu ludzi, może dlatego że otula mnie moja zimowa cisza. Cisza, której nie da się z niczym porównać. Może z bezpieczeństwem w ramionach mamy. Powietrze jakieś inne, bardziej ostre.

To kawałek mojego lasu w Ameryce. Zasady posiadania gruntów są tutaj odmienne niż w Polsce. Amerykanie zwykli mówić “we own the land”. Poświęcę temu kiedyś osobny wpis.
To pole nie jest moje. Pies mój. Jestem pewna że pole do kogoś należy… spacerując tak  po tych “private property” mam często duszę na ramieniu, ale co tam! Idziemy dalej przed siebie.
Prywatna droga, przy której stoi mój dom. Z drogi go nie widać, co bardzo doceniam. Trzeba podjechać pod górke tzw. driveway. Kawałek lasu do sprzedania. Kto chętny?

Jej uroki

Ucząc się i doceniając uroki zimy, nie zapominam jednak o letnich ciepłych miesiącach i jednak z tęsknotą patrzę na mój taras i na stół udekorowany śnieżnym tortem. Uwielbiam ten widok, ale czekam już na ciepłe dni, na kwiatki w skrzynkach, kolacje na tarasie, śpiew ptaków i zieloność dla oczu.

Ale zima swoje uroki ma i basta. Dla każdego pewnie inne. Ja doceniam moje. To niewinna biel otulająca ten zwariowany świat. I nie przeszkadza mi to że ta biel zamienia się w znane nam dobrze błoto pośniegowe które wszyscy przynosimy do domu. Od czego mop. Obrotowy, moje odkrycie sprzed kilku lat i nie chcę żadnego innego. Długie, powolne wieczory roświetlone światłem świec, spędzane w kuchni na gotowaniu rozgrzewającej zupy z dyni lub pikantnego leczo. To gorąca kąpiel w imbirowej pianie, gdy stopy jednak trochę zmarzły po spacerze. To wreszcie gorąca herbata z sokiem malinowym i rumem, wypita przy kominku z bliskimi, bądź po prostu ze sobą. W ciszy bądź w gwarze rozmów. I tak rozmyślając i pisząc o tej mojej zimie, nie zauważyłam nawet że zrobiło się już ciemno. Do następnego wpisu kochani.

Piekna biała czapa. Aź szkoda ją zdejmować. Tu posłużyła mi jako mini lodówka do wina w lampce 😉

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *